Blog sportowy.
Czarna eLka.pl
Skopiuj CSS
wtorek, 01 listopada 2011

W ostatnich dniach doznałem intensywnego rozbawienia na skutek coming outu Krzysztofa Stanowskiego na Weszło.

Precyzując, nie tyle ubawił mnie ów autobiograficzny ekshibicjonizm - cały artykuł przeczytałem z najwyższym zainteresowaniem - ile reakcja czytelników Weszło. Ten facet naprawdę wie co robi ;)

Oczywiście każdy kto dysponuje podstawową wiedzą w temacie mediów sportowych w Polsce, powinien 'od zawsze' wiedzieć, że Weszło to Stanowski - ale ja nie o tym.

Kariera Stanowskiego przypomina mi bowiem przede wszystkim o... złotych czasach grupy dyskusyjnej pl.rec.sport.pilka-nozna sprzed około dziesięciu lat.

Jak zwykle wypełza ze mnie sentymentalizm.

W tamtym okresie przełomu milleniów na serwery grupy trafiało nierzadko kilkaset postów dziennie. Ileż było wówczas pretensji o spamowanie grupy, ileż apeli o wycinanie cytatów - wszystko po to, żeby modemowcy (niezapomniany dźwięk sygnału łączenia z internetem!) mogli zaoszczędzić kilka chwil na ściąganiu postów :D

Odzywałem się tam od czasu do czasu, wychodziło tego średnio może kilkadziesiąt postów rocznie - nie sądzę, żebym był kojarzony - za to czytałem wszystko. Dyskusje były gorące, były ostre, ale w tamtym czasie były też imponująco FACHOWE.

W ogóle nie zdziwiło mnie, że znakomici grupowicze Mogiel i Maciejko (Legia i Wisła!) stoją obecnie za bodaj najbardziej rzetelnym serwisem piłkarskim w polskim internecie, jakim jest 90minut.pl. A refleks charakterystyczny dla wpisów na Weszło nadzwyczaj skutecznie przypomina o tym, że Zygmunt zawsze potrafił pisać szybciej niż wielu jest w stanie pomyśleć.

Obserwując hiperaktywność Andrzeja Zbierzchowskiego na FB, mam pewność, że facet przez te wszystkie lata nie zmienił się nic a nic. Widząc Listkiewicza juniora biegającego z chorągiewką, musi przypomnieć mi się przegrany zakład o mistrzostwo w sezonie 99/00.

I tak można by mnożyć nazwiska i pseudonimy: Jajco, Cavallino, Wiktor Cegła, Lolek, Spider, Koen, Washko, Adaw, Bodyn, FKS 1939, Bartosz B., Luzak, Jacek Różański, Labas, Lukasm, Crac i wielu, wielu innych.

Wielka szkoda, że o piłce zdecydowanie zbyt często piszą dziś nie ci, którzy powinni.

niedziela, 30 października 2011

Czekam właśnie na mecz Lecha z Legią i tak sobie myślę, że fajnie byłoby otrzymać namacalny dowód na to, że poziom polskiej piłki rzeczywiście się podnosi.

Bo tak - niby mamy coraz więcej ładnych stadionów, niby rośnie frekwencja, niby nasze kluby dysponują coraz wyższymi budżetami, niby Lech, Legia i Wisła po stu trzydziestu pięciu latach posuchy zaczęły wreszcie coś tam demonstrować w Europie.

Tylko kiedy my oglądaliśmy w Polsce prawdziwy klasyk?

Taki, w którym największe w kraju firmy bezlitośnie okładają się po twarzach, gdzie akcja sunie za akcją, gol pada za golem?

Pytanie retoryczne. Pojedynki wielkich naszej ligi kojarzą mi się bądź to z jakimś totalnym badziewiem, bądź jednostronnymi smętami.

A tu na przykład wczoraj kapitalne widowiska zafundowały kibicom nie tylko Chelsea z Arsenalem, ale też... Brugge z Genkiem.

Przebieg tego drugiego meczu był następujący: 0:1, 1:1, 1:2, 4:2 (70 minuta!), 4:5.

Osobiście mam powody, żeby być na frajerów z Bruggi wnerwionym (zepsuli mi piękny kupon), ale kapituluję wobec faktu, że było to nieprawdopodobne wręcz widowisko.

No to co? Do roboty, T-Mobile Ekstraklaso.

piątek, 21 października 2011

Daleki jestem od twierdzenia, że kibic piłkarski to istota nieskazitelna.

Mój próg wytrzymałości jest w tym względzie ustawiony co prawda stosunkowo wysoko, miejsca na stadionie w każdym bądź razie z przesadną starannością nie wybieram, jednak obiektywnie muszę przyznać, że wrażenia z pobytu wśród kibicowskiej braci mogą być rozmaite.

Jeden z moich znajomych, utalentowany niegdyś literat, obecnie wzięty prawnik, zasiadł kilkanaście lat temu w moim towarzystwie na trybunie otwartej stadionu Legii. Zdarzyło się akurat tak, że siedzące za nami indywidua miały tego dnia poważny problem z utrzymaniem pionu, o elementarnej chociażby orientacji w przebiegu boiskowych wydarzeń nie wspominając. Komfort oglądania widowiska w takim towarzystwie nie był duży. Mój kolega nie zdzierżył gdy tuż za naszymi plecami wylądowała seria wymiocin, a on sam został wzięty za... kobietę (prawdopodobnie z racji posiadania długich włosów) i poczęstowany tekstem: "K..., ty to brzydka jesteś jak noc". W przerwie wyszedł i od tego czasu słuch o nim na Łazienkowskiej zaginął.

Mimo wszystko jestem zdania, że kwestia kompatybilności czyichś manier z naszymi w żadnym wypadku nie powinna być sprawą nadrzędną w zestawieniu z wartościami takimi jak przepisy prawa czy ogólnie pojmowane prawa człowieka.

Z tego względu jestem absolutnie przeciwny wszelkim uogólnieniom kierowanym wobec środowiska kibicowskiego, twardo stojąc na stanowisku, że za stadionowe i pozastadionowe wykroczenia karani powinni być jedynie ich sprawcy.

Prewencyjnie stosowana odpowiedzialność zbiorowa kojarzy mi się jak najgorzej i nie znajduję dla niej usprawiedliwienia, podobnie jak i dla medialnej epidemii histerycznego wyolbrzymiania najdrobniejszych nawet niepożądanych zachowań grup kibicowskich.

Niepokoi mnie w tym kontekście fakt, że tej jesieni można zacząć mówić o ogólnoeuropejskiej wręcz fobii dotyczącej polskich fanów, o czynionych a priori w różnych częściach kontynentu założeniach, że nasi kibice reprezentują sobą samo zło i przynoszą jedynie zniszczenie oraz chaos.

Kibice Legii byli przed meczem ze Spartakiem szykanowani na granicy tak perfidnie i uporczywie, że dotarcie na czas do Moskwy stało się niemożliwe. Kibiców Wisły potraktowano w holenderskiej mieścince Enschede jak zwykle bydło, uniemożliwiając im wejście na mecz pod wymyślonym pretekstem posiadania fałszywych wejściówek. W tej samej Holandii burmistrz miasta Eindoven wprowadził stan wyjątkowy w związku z wizytą warszawskiej Legii, a kibice PSV pozostali w domach, trudno powiedzieć czy bardziej z uwagi na wątpliwą piłkarską klasę przeciwnika, czy strach przed zwierzętami w szalikach Legii. Wreszcie wczoraj w Rumunii ochrona pozwalała sobie na bezkarne przywłaszczanie i niszczenie cudzej własności w rozmaitej postaci (jeżeli znaleziono przy kimś zabronione race, należało je po prostu odebrać i tyle), a kibice rumuńskiego klubu powitali pierwszy gwizdek sędziego sprytnie zakamuflowanym hitlerowskim pozdrowieniem, o czym polskie media gremialnie milczą jak zaklęte.

Uśredniony kibic nie będzie domagał się poparcia i wypłakiwał w rękaw, ponieważ uzna, że to niehonorowo. Logika co prawda głupia, ale popularna.

Co jednak z tymi, którzy uważają się za lepszych od kibiców?

Mi nie podoba mi się odwracanie wzroku od tego, że polskich obywateli traktuje się w innych krajach jak podludzi, jak zwykłe robactwo. Ja bym tego tak nie zostawił.

Wczoraj do Bukaresztu przyjechała mała polonia, niemal dwutysięczna rzesza obywateli naszego kraju. Jeżeli są sygnały, że wielu z tych obywateli było bezpodstawnie szykanowanych, życzyłbym sobie chociażby symbolicznej interwencji dyplomatycznej, nie wspominając o rzetelnej analizie wydarzeń w mediach. Na przykład ten artykuł miana rzetelnej analizy w żadnym razie nie wyczerpuje.

Moim zdaniem mamy niestety do czynienia ze zjawiskiem - z czymś więcej niż kumulacją jednostkowych przypadków.

środa, 14 września 2011

W sprawie transmisji meczów polskich drużyn z Ligi Europy telewizja Polsat zachowuje się moim zdaniem NIEPRZYZWOICIE.

Jutro (15.09) w otwartym kanale TV 4 przewidziano transmisję meczu Wisły z Odense, tymczasem mecz Legii w Eindhoven ma być dostępny jedynie w Polsacie Futbol i Polsacie Sport HD.

Za dwa tygodnie (29.09) TV 4 ma transmitować mecz Legii z Hapoelem Tel Aviv, natomiast wyjazdowy pojedynek Wisły z Twente Enschede będzie najprawdopodobniej w tej sytuacji dostępny wyłącznie w kanałach kodowanych.

Pierwszy aspekt tej sytuacji to aspekt prawny.

Przypomnijmy sobie aktualnie obowiązujące regulacje i treść Ustawy o radiofonii i telewizji:

Art. 20b. 1. Nadawca programu telewizyjnego może nadać bezpośrednią transmisję z wydarzenia o zasadniczym znaczeniu społecznym, zwanego dalej „ważnym wydarzeniem”, tylko:

1) 24) w programie ogólnokrajowym w rozumieniu ustawy lub koncesji, dostępnym w całości bez opłaty, z wyłączeniem opłat abonamentowych w rozumieniu ustawy z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych i podstawowych opłat pobieranych przez operatorów sieci kablowych, lub

2) jeżeli to samo wydarzenie jest transmitowane przez nadawcę programu spełniającego wymogi określone w pkt 1, na podstawie umowy z nadawcą, który nabył prawa do transmisji danego wydarzenia, lub z innym uprawnionym, z zastrzeżeniem ust. 6.

2. Ze względu na duże zainteresowanie społeczne za ważne wydarzenia uważa się między innymi:

1) letnie i zimowe Igrzyska Olimpijskie;

2) półfinały i finały mistrzostw świata i Europy w piłce nożnej, a także wszelkie inne mecze w ramach tych imprez z udziałem reprezentacji Polski, w tym mecze eliminacyjne;

3) inne mecze z udziałem reprezentacji Polski w piłce nożnej w ramach oficjalnych rozgrywek oraz mecze z udziałem polskich klubów w ramach Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA.

Czyżby Polsat wykorzystywał kruczek prawny polegający na tym, że przy okazji nowelizacji cytowanej ustawy, nikt nie wpadł na pomysł, by zamienić słowa 'Pucharu UEFA' na frazę 'Ligi Europy'?

Pomijając kwestię bitwy na paragrafy, jest jeszcze aspekt drugi, związany z czymś, co nieco górnolotnie określiłbym mianem zwykłej uczciwości wobec kibiców piłkarskich w Polsce. W Warszawie i Krakowie czekaliśmy na takie mecze bardzo długo, a teraz... gra się nam na nosie.

Muszę przyznać, że po zorientowanym podobno bardzo pro-sportowo Polsacie nie spodziewałem się aż tak cynicznej próby wykorzystania awansu dwóch polskich drużyn do fazy grupowej Ligi Europy w celu pozyskania nowych klientów dla kanałów płatnych.

Kasa über alles.

czwartek, 08 września 2011

Nie ukrywam, przed wtorkowym meczem wreszcie trochę 'wzięło' mnie na reprezentację. Jak za starych dobrych czasów.

O meczu kadry znów zaczęli mówić w głównych wiadomościach, znów przynajmniej elementarną orientacją w temacie zaczęły popisywać się osoby zwykle nie mające fioletowego pojęcia o piłce nożnej - jak choćby moja Ulubiona Żona. Lubię wychwytywać takie drobne objawy futbolowej gorączki.

Co prawda czar prysł stosunkowo szybko, ale ta krótka chwila ekscytacji przywróciła mi wiarę, że żar jeszcze nie wygasł do końca, że polsko-ukraińskie Euro jednak może być niepowtarzalnym przeżyciem.

Osobliwie drażni mnie natomiast, że przeciwnikiem, który dysponuje potencjałem wybudzenia polskiego (w tym mojego) potencjału kibicowskiego są akurat Niemcy. To trochę tak jakby społeczność kibiców dajmy na to Górnika Polkowice utrzymywała, że ich najzacieklejszym wrogiem jest Legia Warszawa. Owszem, zagraliśmy z Niemcami parę meczów, prawie wszystkie w d..., stoimy na jednak ciut innym szczeblu futbolowej hierarchii. Dla nas może wielkie wydarzenie - dla nich co najwyżej szkoleniowa rutyna. Całą tę paplaninę o 'pisaniu historii' poprzez ewentualne zwycięstwo w towarzyskim meczu z Niemcami uważam za groteskową. Niech ludzie Smudy napiszą historię w czerwcu 2012.

Niemiecka reprezentacja uwiodła mnie w RPA. Od tamtego turnieju jestem zagorzałym fanem ich piłki, bez kitu.

Jestem też niezwykle ciekaw konfrontacji niemiecko - hiszpańskiej w przyszłorocznej imprezie. Nie widzę w tym momencie godnych rywali dla jedynych reprezentacji, które taktycznym przygotowaniem do gry przypominają silne ekipy klubowe. Hiszpanie jeszcze póki co biją Niemców na głowę piłkarską klasą zawodników pierwszej jedenastki, ale być może do czerwca uda się Niemcom tę przewagę trochę zniwelować.

Jak wypadliśmy na tym tle? Otóż moim zdaniem... FATALNIE.

Franz Smuda to taki typ, któremu robota albo układa się znakomicie, albo nie układa się kompletnie. Po tym meczu, który miał być dla nas - i chyba był - pierwszą generalną próbą przed Euro, skłaniam się niestety ku tej drugiej ewentualności.

Nie chodzi o to, że Kuba Wawrzyniak poślizgnął się na skórce od banana, ani nawet o to, że  cofnęliśmy się do głębokiej defensywy, a jedynym naszym pomysłem na stworzenie zagrożenia pod niemiecką bramką były kontry. Można z tym żyć.

Chodzi o to, że nasza gra defensywna jest t-r-a-g-i-c-z-n-a.

Niemcy uwalniali się z krycia w strefie przed naszym polem karnym z lekkością wręcz przerażającą. Ruchliwość Niemców i szybkie wymiany podań to obecnie ich znak firmowy, ale dlaczego facet, który wchodzi między linię pomocy a linię obrony, nie ma natychmiast na karku wściekle go atakującego środkowego obrońcy czy defensywnego pomocnika - nie wiem. Nie mam pojęcia!

Jeszcze bardziej przerażający jest fakt braku powrotu naszych skrzydłowych, w sytuacji, gdy boczny obrońca przeciwnika podłącza się pod atak. Podolski z Lahmem wychodzili w dwóch na jednego Wasilewskiego, tymczasem Błaszczykowski czaił się gdzieś z przodu, a jego pozycji nie asekurował żaden z naszych defensywnych pomocników.

Jeżeli będziemy tak grać na Euro, to nie czeka nas tam nic innego niż spektakularna katastrofa.

W strefie obrony musimy być agresywni, musimy bezwzględnie podwajać krycie i za każdym razem wracać za swoim przeciwnikiem. Inaczej będziemy roznoszeni.

Oczywiście - mecz potoczył się tak, że go zremisowaliśmy, a mogliśmy nawet wygrać. Wynik poszedł w świat i wlał trochę otuchy w nasze kibicowskie serca. Z wczorajszych 'Faktów' dowiedziałem się nawet, że graliśmy z Niemcami 'jak równy z równym'.

Niestety nie potrafię zapomnieć o tym, że ten mecz równie dobrze mógł się zakończyć wynikiem 1:7 czy 1:8 - bo mniej więcej właśnie taka była różnica w jakości gry obu drużyn.

środa, 24 sierpnia 2011

Ligi Mistrzów dla Wisły byłem pewny bezdyskusyjnie.

Nie dlatego, żeby Wisła mnie swoją grą porywała. Wręcz przeciwnie - wiele razy pisałem, że sposób gry Wisły zupełnie mnie nie przekonuje, a znakomite wyniki osiągane przez ten zespół są dla mnie zagadką.

Awansu byłem pewny, ponieważ APOEL nie jest przeciwnikiem, któremu przy odpowiedniej koncentracji nie można byłoby skutecznie utrudnić gry w piłkę nożną. Nie jest przeciwnikiem, którego nie można byłoby skontrować.

Byłem przekonany, że do meczu w Nikozji Wisła podejdzie z absolutną determinacją i maksymalną koncentracją. Nawet jeżeli przeciwnik zepchnie Wisłę do obrony, nie będzie mu łatwo wjeżdżać w pole karne i dochodzić do czystych sytuacji bramkowych.

Tymczasem okazało się, że Wisła nie ma nawet cienia pomysłu na neutralizację technicznej przewagi APOEL-u. Nie pokazała skutecznego 'antyfutbolu', którego rozżalony trener tureckiego Gaziantepsporu nie mógł wybaczyć warszawskiej Legii, a którego oczekiwałem dziś od ludzi Maaskanta.

Bramkarz Pareiko nawalił w najważniejszym meczu od czasu transferu do Wisły. Meliksonowi pierwszy raz od pojawienia się w Wiśle przytrafił się mecz, w którym przegrał bodaj wszystkie indywidualne pojedynki. Skrzydłowi nie wspierali bocznych obrońców, którzy w bezradnym osamotnieniu gubili krycie na swoich flankach.

To był bardzo zły mecz Wisły.

Oczywiście Wisła była drużyną piłkarsko słabszą. Z coraz starszym Sobolewskim, Meliksonem bez formy, niewiele wnoszącym do gry Nunezem i przegrywającymi masę indywidualnych pojedynków Lameyem i Diazem, miała prawo taką być. Ale nawet obiektywne przeszkody tego rodzaju nie musiały zamknąć drogi do Ligi Mistrzów. Zamknęły - bo Wisła była też drużyną mniej zdeterminowaną, mniej konsekwnetną, mniej chcącą wyszarpać awans za wszelką cenę.

Panowie działacze (Wisły, Lecha, Legii itp.), żeby walczyć o Ligę Mistrzów, trzeba postarać się jeszcze trochę bardziej.

I o ile dzisiejszego odpadnięcia Wisły żałuję, o tyle ten finalny morał uważam za bardzo pożyteczny.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Co prawda 'pchły' należące do innych interesują mnie sporadycznie i umiarkowanie, ale uznałem że ostatnia słaba forma Lechii Gdańsk zasługuje na kilka słów komentarza.

Nie jestem zresztą w swoich intencjach osamotniony, temat zainteresował również profesjonalistów - z którymi jednakowoż zgadzać się nie muszę.

Ze swojej perspektywy - w pełni neutralnej - chciałbym powiedzieć, że Tomaszowi Kafarskiemu współczuję miny, na którą właśnie został wsadzony. Kafarski firmuje bowiem w mojej ocenie asekurancką bierność innych.

Lechia Gdańsk bardzo mi się podobała do końca rundy jesiennej sezonu 2010/11, który uznaję za schyłek fazy wzrostu tej drużyny. Nie dłużej.

Lechia sprzed roku mogła imponować. Szacunek budziła cierpliwość właścicieli klubu, którzy z dużym wyczuciem pozwalali wdrażać swój pomysł na drużynę młodemu trenerowi. Uznanie budziła odwaga i szczęśliwa ręka szkoleniowca (zarazem dyrektora sportowego), który nie sprowadzając do klubu głośnych nazwisk, nie dokonując spektakularnych i kosztownych transferów, stopniowo lecz systematycznie podnosił sportowy poziom zespołu. Zaciekawienie budziła efektownie wypadająca na boisku taktyka 4-3-3, którą Lechia wyróżniała się na tle większości ligowych rywali.

Niestety na wiosnę tego roku okazało się, że Kafarski najprawdopodobniej doszedł do ściany, że Lechia Gdańsk w tej konfiguracji personalnej chyba już niczego więcej nie osiągnie. Drużyna zupełnie 'pękła' w półfinale PP z Legią (0:1 i 0:4), w lidze występy niezłe (2:1 z Legią i Lechem, 3:2 z Koroną) przeplatała z bezbarwnymi remisami i zaskakującymi porażkami.

Duże było w tej sytuacji moje zdumienie, kiedy stwierdziłem że w nowy sezon - zapowiadający się przecież przełomowo z racji migracji na nowy, zachwycająco piękny i praktycznie pojemny stadion - Lechia weszła ze zmianami co najwyżej kosmetycznymi.

Pojawili się Benson i Machaj, gracze zapowiadający się nietuzinkowo i świetnie wpisujący się w teorię o nieczęsto mylącym się gdańskim 'nosie' transferowym, ale jeszcze nie gotowi do tego, by swoją osobowością i umiejętnościami wznieść Lechię na wyższy poziom.

Przeciętne wyniki Lechii, które dla wielu obserwatorów są zaskoczeniem, dla mnie nie stanowią wielkiej niespodzianki. W swojej zabawie Lechię widziałem na 9. pozycji w tabeli. Bo ileż można dusić się w tym samym sosie?

Nowy stadion nie daje drużynie z automatu żadnej przewagi nad przeciwnikiem. Dowodem niech będzie tu gehenna Legii, która jesienią zeszłego roku przegrywała między innymi z... Lechią (0:3!). Nowy stadion jest jednak całkiem skutecznym testem, sprawdzającym intencje klubowych decydentów. Odpowiedzią na pytanie, jaki produkt zamierzają promować przy pomocy cacka równie spektakularnego co PGE Arena.

Cóż, okazało się, że włodarze Lechii Gdańsk chcą promować produkt zleżały, wtórny, coraz nudniejszy i coraz bardziej powtarzalny. Zespół, który pozbawiony wyraźnego impulsu mogącego pchnąć go do przodu, drepcze w miejscu, traci swoją dawną świeżość i entuzjazm, rozczarowuje kibiców pielgrzymujących na nowy stadion.

Czasy cichutkiej pracy z dala od blasku fleszy, pielęgnowania nieoszlifowanych talentów i przeobrażania ich w rozpoznawalne ligowe postaci, bezpowrotnie odchodzą. Nadchodzą czasy zainteresowania, presji, oczekiwań i krytyki, z którymi Lechia Gdańsk jeszcze się dotąd nie mierzyła. Duży moment w historii klubu.

Jeżeli ktoś twierdzi, że Kafarski nie dorasta do tego nowego momentu, to ja powiem, że w mojej ocenie wręcz przeciwnie. Jak na mój gust ten facet zasłużył sobie na to, żeby wprowadzić salony tę drużynę, będącą w znacznej mierze jego autorskim pomysłem. Tylko że należało mu pomóc. Dlatego nie mam natomiast pewności, czy do nowej roli Lechii Gdańsk w polskim światku piłkarskim dorośli ci, którzy kryją się za Kafarskim, wystawionym na strzał na pierwszej linii frontu.

sobota, 20 sierpnia 2011

Korzystając z ostatnich wolnych dni z żalem odliczanych przed powrotem do roboty, jak również z dobrodziejstwa jakim jest ligowa 'full opcja' w C+, z zapałem oglądam wszelką futbolową rywalizację w trwającym sezonie Ekstraklasy.

Oglądam nawet mecze takie jak Zagłębie - Podbeskidzie, na które jeszcze nie tak dawno - z całym szacunkiem dla obu zacnych drużyn -  prawdopodobnie ledwo rzuciłbym okiem podczas sobotnich skrótów.

Dzięki temu wiem już teraz, że pomijając podobne widowiska w przeszłości, traciłem wiele. Śledzenie takich pojedynków to nad wyraz pouczająca lektura. Można dzięki niej rozwikłać choćby zagadkę pod tytułem - dlaczego zespoły potrafiące regularnie sprawiać problemy najlepszym, ostatecznie same nie meldują się w gronie najlepszych.

Weźmy rzeczone Zagłębie. W zeszłym sezonie 4 punkty zrobione na Legii, 6 na Lechu. Obecnie w ataku Sernas, za jego plecami Małkowski, Pawłowski i Abwo. W minioną sobotę po kwadransie gry śmiało mogli prowadzić z Wisłą w Krakowie 2:0.

I cóż widzę? Widzę 'Miedziowych' niemiłosiernie męczących się na boisku, bezradnie uderzających z 30 metra, nie mających nawet cienia pomysłu na rozmontowanie obrony przeciwnika. Obrony, która zainkasowała 8 bramek w trzech uprzednio rozegranych ligowych meczach.

Dostrzegam tu rękę Jana Urbana, trenera bardzo przeze mnie lubianego, który jednak podczas pracy w Legii irytował kompletną niemożliwością wyeliminowania ze swojego warsztatu grzechów znajdujących odzwierciedlenie w grze zespołu. Otóż Legii przytrafiały się trwające przeważnie kilka meczów fazy 'śnięcia', podczas których drużyna drużyna nie była sobą. Bezradna w ataku, z zawodnikami w zaskakujący sposób pozbawionymi czucia piłki, ogólnie nieporadnymi. Mecze w fazie 'śnięcia' chętnie kończyły się remisami 0:0 lub porażkami 0:1.

Wczoraj patrząc na Zagłębię, widziałem charakterystyczną niemoc Legii.

Oczywiście jeżeli moje analogie między Urbanem lubińskim a warszawskim są trafne, Zagłębie powinno wkrótce się przebudzić, złapać w grze lekkość i świeżość, karcić nawet najlepszych.

W ramach piątkowego deseru przyglądałem się jeszcze przewagom Lecha w meczu z Ruchem. 

Lech, nie ukrywam, zaskakuje. Imponuje łatwość, z jaką ludzie Bakero grają piłką. Skóra chodzi jak po sznurku, jest wyjście na pozycję, są podania, są strzały.

Niezwykła taktyczna, techniczna i mentalna metamorfoza po fatalnej wiośnie.

Niemniej jednak zawsze moją nieufność budzi każdy start z wysokiego 'C'. Prawdziwym testem będą dla Lecha dopiero mecze wrześniowe (Wisła, Jagiellonia, Śląsk). Póki co - podobnie jak inny bloxowy legionista - ataków paniki na dźwięk słowa 'Lech' jakoś nie dostaję :)

Ostatnie zestawienie tutaj.

Ciąg 1xX:

3) 12.08 - 2,50 - 6,50

Polkowice X (wygrana, ciąg zakończony, zysk 1,50)

1) 13.08 - 2,00 - 2,00

M'gladbach X (wygrana, ciąg zakończony, zysk 4,80)

1) 14.08 - 2,00 - 2,00

ETG X (przegrana)

2) 15.08 - 2,00 - 4,00

Jablonec X (przegrana)

3) 16.08 - 2,50 - 6,50

BATE X (wygrana, ciąg zakończony, zysk 0,50)

1) 17.08 - 2,00 - 2,00

Odense X (przegrana)

2) 18.08 - 2,00 - 4,00

Slovan X (przegrana)

3) 19.08 - 2,50 - 6,50

Katowice X (wygrana, ciąg zakończony, zysk 1,50)

Ciąg 3x1,5:

2) 12.08 - 2,00 - 4,00

Zlate Moravce, Bastia, TPS (przegrana)

3) 13.08 - 2,50 - 6,50

Schalke, Liverpool, Sporting (przegrana)

4) 14.08 - 3,50 - 10,00

Utrecht, Thun, Cardiff (przegrana)

5) 15.08 - 5,00 - 15,00

FC Inter, BK Froward, Stjarnan (przegrana)

6) 16.08 - 8,00 - 23,00

Kopenhaga, Heidenheim, Bolugarvik (przegrana)

7) 17.08 - 12,00 - 35,00

Esteghal, Supersport, Preussen Munster (przegrana)

8) 18.08 - 18,00 - 53,00

AEK, Austria, Standard (wygrana, ciąg zakończony, zysk 26,00)

1) 19.08 - 2,00 - 2,00

Zagłębie, Lech, Greuther Furth (przegrana)

piątek, 19 sierpnia 2011

Nie będę ściemniał, zadowolony nie jestem. Z trzech powodów: drobnego, średniego i dużego.

Powód pierwszy, drobny: Moja teoria na temat nieuniknionego obnażenia rzeczywistego potencjału Wisły Kraków kolejny raz nie doczekała się potwierdzenia.

Oczywiście to jeszcze bez większego kłopotu przeboleję, w końcu poza poszkodowaną miłością własną, żadnego uszczerbku nie poniosłem - wręcz przeciwnie. Wisła jak zwykle mało przekonywująca i... jak zwykle zwycięska. Brawo.

Tak blisko Ligi Mistrzów byli chyba tylko po wygraniu pierwszego meczu z PAO 3:1 w 2005.

Powszechne aktualnie gadanie o sile APOEL-u, o specyfice cypryjskiej pogody, nie przekonuje mnie zupełnie. Skoro Legia nie umarła z wycieńczenia w Gaziantepie, Wisła nie ma prawa zdychać w Nikozji. Choćby na czworakach, choćby krwią i potem - ale oni muszą ten awans wyszarpać. Za dużo już zrobili, żeby teraz nie pchnąć tego wózka jeszcze kroczek dalej. Nie wyobrażam sobie innego rozstrzygnięcia. Polski klub musi znów zagrać w Lidze Mistrzów.

Powód drugi, średni: Śląsk poniżej oczekiwań.

Klasa przeciwnika była wysoka, ale sądziłem, że ekipa 'Profesoro' będzie w stanie do tej klasy się dostosować. Że - jak mawiał klasyk - zareaguje pozytywnie. Przewidywałem twardy mecz, konsekwentną grę Śląska w obronie, remis 0:0 i całkowicie otwarty temat przed rewanżem.

Tymczasem Śląsk zagrał znacznie słabiej niż sądziłem. Może i Rapid jest lepszy niż mi się wydwało, ale będę się upierał, że Śląsk zagrał po prostu źle. Niecierpliwie, chaotycznie, nieodpowiedzialnie. Nie zrobili wszystkiego co mogli, nie wyglądali jak drużyna, która właśnie toczy najważniejszy mecz sezonu. 'Wymiękli' mentalnie.

Powód trzeci, duży: Oczywiście subiektywnie Legia. O meczu ze Spartakiem więcej tradycyjnie na Blogiem z Krytej. Tutaj powtórzę tylko, że liczyłem się z ciężkim łomotem. W najgłębszej konspiracji żywiłem co prawda nadzieję na niespodziankę, ale w życiu nie pozwoliłbym sobie na publiczne jej uzewnętrznienie, w myśl zasady, że lepiej przyjemnie się zdziwić niż srodze rozczarować.

No i patrz - mecz ułożył się dokładnie wedle tego wyśnionego, optymistycznego scenariusza. Może jednego na dziesięć. Pojawiła się wielka szansa na bezcenne zwycięstwo, niestety została zmarnowana. Cholerna szkoda.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20